Leżący niedaleko Nowokuźniecka Prokopiewsk to już w ogóle fenomen urbanistyczny. Można go porównać z Rudą Śląską stanowiącą sztuczny zlepek niewielkich kolonii skupionych wokół poszczególnych kopalń. Tyle że Prokopiewsk jest bardziej rozległy i odległości między zabudowaniami większe. Pomiędzy niektórymi koloniami wybudowano linie tramwajowe. Dzięki temu trasy tramwajowe często biegną przez ciekawe plenery w urozmaiconym terenie. Niestety zmienna pogoda, przenikliwe zimno i niskie częstotliwości kursowania nie zachęcały do fotograficznych łowów.
Na autobus 151 o 8:30 nie zdążyliśmy, ale i tak był przepełniony, pojechaliśmy pół godziny później kolejnym nefazem, do którego po drodze ciągle dosiadali nowi pasażerowie. Po godzinie wysiedliśmy w Prokopiewsku. Tego dnia było jeszcze zimniej (w telewizji zapowiadali 1 stopień ciepła!), więc od razu poszliśmy na gorącą kawę i bliny. Przejechaliśmy dwoma bardzo długimi liniami łączącymi oddalone kolonie górnicze. Na jednym z fotostopów poważne zastrzeżenia znów zgłasza motorowa tramwaju. Musiała kiedyś pracować w kontrwywiadzie, bowiem już po chwili podjechał do nas gazikiem patrol milicji. Milicjanci byli bardzo uprzejmi, popatrzyli w paszporty i przyjęli ochoczo nasze tłumaczenia życząc miłego pobytu. Jednak składając po chwili przez radio raport swoim przełożonym wprawili ich w niezłe osłupienie. Co bowiem w upadłej górniczej mieścinie na końcu świata w taką niepogodę mogą robić przybysze z Europy, w dodatku z aparatami fotograficznymi. Wrodzona kontrwywiadowcza czerwona lampka zaświeciła się w mózgu i wydano rozkaz zatrzymania szpiegów. Milicjanci wrócili więc do nas i poprosili byśmy poczekali chwilę na naczelnika. Trochę nas przy tym czekaniu przewiało, ale że akurat czekaliśmy przy linii tramwajowej, więc sympatyczną pogawędkę urozmaicaiprzy milczącej aprobacie milicji wykonaliśmy jeszcze kilka zdjęć tramwajów w malowniczym plenerze.
Po kwadransie nieoznakowaną limuzyną przyjechała pani naczelnik i zaczęła przeglądać paszporty. Okazało się, że Ksiądz ma jedną karteczkę mniej niż pozostali (konkretnie chodziło o potwierdzenie pobytu w obwodzie tomskim, zupełnie nieistotne, bowiem znajdowaliśmy się w obwodzie kemerowskim). Pani Naczelnik węszyła tu jakiś podstęp, ewentualnie potencjalne źródło solidnej łapówki. Zaprosiła nas więc na komendę, skąd miała zadzwonić do hotelu w Nowokuźniecku sprawdzić czy faktycznie tam mieszkamy. W drodze przez miasto wypytywała nas jak tu trafiliśmy i nie mogła uwierzyć, że innostrańcy podróżują transportem publicznym. Co więcej – nie mogła się nadziwić że podróżujemy sami, bez opiekuna i osoby zapraszającej? Już nie pamiętam czy wspomniałem coś o Siewiernej Korei. Poznaliśmy też miejscową wykładnię przepisów meldunkowych według której meldunek z Tomska powinien pozostać w Tomsku, bowiem tylko tam jest potrzebny, a my możemy sobie co najwyżej zrobić ksero na pamiątkę. Gdy wspomnieliśmy, że jedziemy dalej do Krasnojarska pytali gdzie mamy meldunek z Krasnojarska. Nie mogli też zrozumieć czemu mój polski paszport ma okładkę z godłem Ukrainy.
Na komendzie odczekaliśmy trochę czasu aż pokserują paszporty (oczywiście wszystkie strony), karty imigracyjne i nieważne meldunki z Tomska (poza Księdzem, w którego sprawie w międzyczasie trwało dzwonienie do hotelu Nadieżda w Nowokuźniecku – telefon milicja zdobyła swoimi kanałami). U Nadzora pomyłka z ksero i trzeba powtarzać operację. Pilnował nas milicjant operacyjny w skórze. Chyba mieliśmy poczuć się jak przestępcy, ale byliśmy raczej rozbawieni, jeśli nie zażenowani całą operacją. W końcu zdobyli potwierdzenie z hotelu, że tam mieszkamy (wywołując u obsługi niemały popłoch) i zakończyli sprawę stwierdzeniem ‘wsjo normalno’. Żegnając się miło przepraszali za wszystko tłumacząc, że tak muszą. Zmarnowali nam tym co najmniej godzinę, więc zrezygnowaliśmy z zaliczania drugiej części nieprzyjaznego miasta i wróciliśmy na awtowokzał na autobus do Nowokuźniecka.
Na dworcu kolejne ekstremalne zadanie – zakup biletu na autobus. Jest 15:00, najbliższy autobus odjeżdża o 15:55, kasa ma przerwę obiadową do 15:25, a ludzie czekający na jej otwarcie siedzą w całej poczekalni. Zaczęliśmy się domyślać, że panuje tu jakaś nieformalna kolejka i policzywszy wszystkie osoby wyszło, że mamy numerek 60, czyli nie łapiemy się na najbliższy odjazd. Trzeba było w tej sytuacji przedsięwziąć nadzwyczajne środki zaradcze – markowanie tłoku, udawanie konkurencyjnych kolejek, a w efekcie wepchnięcie się do kolejki po otwarciu kasy. W końcu na pozycji atakującej pozostał Nadzór sukcesywnie przesuwający się do przodu, ale część pasażerów nie dała się tak łatwo wyprowadzić w pole i zwyczajnie go omijała. W końcu jedna laska dała sobie spokój i Nadzór poprosił w okienku o trzy bilety. Po otrzymaniu jednego musiał zaznaczyć ponownie, że chciał trzy. Laska za Nadzorem kupiła dwa bilety, po czym jeden z nich natychmiast oddała innej kobiecie z pakunkiem. Udało się, mamy bilety, wyjeżdżamy ze tej zimnej nory. Koleś w czerwonej kurtce, który nie załapał się na pulę biletów ugadał się z trzema innymi i wzięli do Nowokuźniecka taksówkę.

Wybierasz się tam? Będzie ci potrzebna
wiza do Rosji. W Geoblogu
możesz ją zamówić z dostawą do domu! Zobacz cenę
wizy do Rosji, oferujemy
najniższe stawki pośrednictwa w uzyskaniu wiz.